meble

Zjeżdżalnia

A zaczęło się tak…
Był sobie stół. A może raczej biurko komputerowe. Długie, wąskie, i całe z kartonu. Dokończyłam je zaraz przed przeprowadzką. W nowym lokum nie było miejsca (kawalerka), więc trafiło do piwnicy. Po kolejnej przeprowadzce też stało gdzieś z boku. Nie mogło się dopasować. 
Ostatnio pan Mąż w końcu zdecydował: „Czas z tym skończyć. Nie mamy dla niego miejsca. Na śmietnik”. 
Nie miałam wątpliwości: to moja szansa! Yeah! Mogę bez żadnych skrupułów ciąć, niszczyć i nadać mu nowy kształt. Pomysł chodził za mną nieśmiało od jakiegoś czasu. Męża ubłagałam, żeby dał mu jeszcze szansę (no dobra, wcale nie musiałam błagać. Ze sceptyczną miną pod tytułem co-ona-znowu-wymyśliła kiwnął głową). 
Tak więc w wolnej chwili (hm…) wzięłam piłę. Odcięłam (z trudem) jeden bok. Powstała świetna zjeżdżalnia. Natalka miała niezłą zabawę. 
Ale się matce poprawek zechciało. Żeby dzieci miały stopnie. No i zaczęłam z zestawem trzech pił majstrować otwory na stopnie. Karton w takiej ilości (kilkadziesiąt warstw) z trudem poddaje się obróbce. Ale udało się. Szczęście na twarzy mówi samo przez się. 
Niestety boki były obliczone na inny nacisk siły. Dokleiłam go po przedłużeniu blatu, przez co zjeżdżalnia… nam się rozjechała. Bok się odkleił. Obecnie myślę, jak to naprawić (a nawet zaczęłam już działać, ale o tym za jakiś czas).